piątek, 18 lipca 2014

Willow. Podbój Wyspy. cz.1



Rozdział 1
(Nie)zwyczajne życie



Willow przeczesała grzebykiem ze Smoczej Kości swoje długie, pofalowane, niebieskie włosy przeglądając się w kryształowym lustrze wiszącym na ścianie w jej komnacie. Orientalne wzory na grzebieniu, smukłe zawijasy i wyryte w nim kwiaty były robotą krasnoludów z Krainy Chmur.

Willow uwielbiała ten grzebień, który dostała od ojca na swoje 15 urodziny. Miała też do niego sentyment. Grzebyk ten był jedyną pamiątką po jej ojcu, który dzień później wyruszył na wyprawę do Krainy Słów i słuch po nim zaginął. Minął rok, a po jej ojcu ani śladu. Pamiętała, że jej matka ogłosiła żałobę Między-krainową, a wszystkie Krainy pogrążyły się w smutku. Jej ojciec był ostatnim Elfem Króla o najczystszej błękitnej krwi. Dla wszystkich, nie tylko dla niej, była to ogromna strata. Oczywiście, oddziały wojska w Krainie Słów zmobilizowały się, wraz z Smoczymi Jeźdźcami i żyjącymi tam Wertami.

Jednak jej ojca nigdy nie odnaleziono.

Willow ogarnął smutek, a w gardle pojawiła się kula żalu. Oddech uwiązł jej w krtani a ręka przeczesująca włosy opadła smętnie, ze zrezygnowaniem.

Przypomniała sobie tamten dzień. Było słonecznie i ciepło, przez otwarte okno wiał delikatny wiaterek, a siedzący na parapecie Słowik Smoczy śpiewał radośnie, i z dziobka wypływał mu strumyczek dymu. Willow leżała na wielkim, wełnianym materacu i rozmyślała o Elfie Wojowniku widzianym chwilę wcześniej przez okno, słuchając treli ptaka, z błogim uśmiechem na twarzy i ze szczęściem w sercu. Miała ochotę wstać i zaśpiewać razem z tym ślicznym śpiewakiem.

Do komnaty wszedł jej ojciec.

Przyszedł się z nią pożegnać… Na jego obliczu był ogromny smutek i zakłopotanie. Willow od razu wiedziała po co do niej przyszedł. Jej umysł od razu to zrozumiał, jeszcze zanim ojciec powiedział choćby słowo.

-Wyjeżdżasz tak? Wyjeżdżasz?! Dlaczego! Czy czymś zawiniłam? Nie jestem taka jaka powinnam być? Nie zachowuję się zgodnie z etykietą królewską? Tato! Nie!- krzyknęła wtedy, czując ogromną gorycz i przenikliwy ból w sercu. On tego nie potwierdził, lecz było to oczywiste.

Popatrzył na nią ze zrozumieniem i iskrą ogromnego bólu w oczach. Kiwnął głową i spuścił wzrok, zbyt zmartwiony i zawstydzony, by to okazać. Willow poznała po jego postawie, że jest mu strasznie przykro, iż wyjeżdża dzień po urodzinach córki.

-Przepraszam. Wybacz mi. Nie jest mi tak łatwo odjechać. Ale to bardzo ważna sprawa dotycząca pokoju na Wyspie. Córeczko… - Przepraszał ją gorliwie i z nadzieją, lecz ona odwróciwszy się do niego plecami, szepnęła ledwo dosłyszalnie, a z jej oczu popłynęły łzy:

-Nie tato. Jedź. Zabierz swojego rumaka, prowiant i jedź. Nic cię tu nie trzyma. Nie potrzebuję cię. Nie potrzebuję cię! Jedź! – I szlochając wybiegła z pokoju, tupiąc delikatnie.

I tak też ojciec zrobił. Zabrał swojego araba czystej krwi-Figaro, i ubrawszy mu uzdę i siodło ze smoczej skóry, odjechał do Krainy Słów na południowy-zachód, razem ze swoim sługą i giermkiem, Gordonem, który pocieszał swojego pana i przyjaciela roniącego gorzkie łzy.

Teraz Willow z całego serca żałowała takiego rozstania. Oddałaby wszystko, byleby ojciec wrócił. Tak strasznie za nim tęskniła.

Coraz częściej czuła się jakby była to jej wina. Tylko i wyłącznie jej wina. Jak mogła być tak samolubna? Dlaczego wtedy zachowała się jakby miała ojca dość? Dlaczego była taka nieczuła?

Tylko ten grzebyczek, który trzymała teraz w dłoni i przeciągała go po swoich włosach, tak podobnych do włosów ojca, dawał jej nadzieję, że jego darczyńca kiedyś się odnajdzie. Tylko dzięki temu prezentowi, wciąż potrafiła wierzyć, że jest to możliwe. Gdyby nie ten piękny prezent, straciłaby już całkowicie nadzieję.

Ale to i tak nie zmieniało faktu, że to była jej wina. Gdyby nie była taka oschła może wszystko inaczej by się potoczyło. Nie, nie może.

Potoczyłoby się to inaczej. Nie czułaby się taka winna. Teraz na myśl o tym, jak wielką zrobiła ojcu przykrość i zawód chciało się jej płakać.

Czuła tak ogromny wstyd, który ogarniał jej członki i chwytał za gardło chcąc ją udusić.

Sprawiła ojcu przykrość. Ogromną przykrość. Postąpiła jak samolubna księżniczka, która myśli tylko o sobie i o tym, czego ona sama chce. Zachowała się wyjątkowo podle. I gdyby mogła cofnąć czas, na pewno wszystko by zmieniła. Nie byłaby taka. Żałowała tego z całego serca.

Ale niestety, czasu który odszedł nie da się przywołać. Przeszłość jest głucha. Czas stracony udaje że nie słyszy. Nie chce powrócić. Zatyka sobie uszy, długimi palcami i nuci cicho, by jej nie słyszeć.

Willow pokręciła głową i odepchnąwszy myśli o ojcu zajęła się dalej czesaniem swoich włosów, które mocno skołtunione, nie dały się rozczesać.

Po dłuższej chwili, gdy już się z tym uporała, odłożyła grzebyk do specjalnej, drewnianej, grawerowanej przez najlepszego rzemieślnika w Wyspie, Gerofa Tyja, szkatułki, wyłożonej w środku atłasem i otworzyła drzwi wielkiej, dębowej szafy.

Jej oczom ukazał się cały rządek porozwieszanych na sznureczkach sukien balowych, tunik i koszuli nocnych. A także chust, apaszek, jedwabnych bransolet i gorsetów.

Sukien była tam cała masa! O wszystkich kolorach tęczy, obszywane diamentami, szmaragdami, rubinami, poprzetykane złotymi nićmi, jedwabne, atłasowe, kaszmirowe, z gorsetami i bez. Ze spódnicą do kolan, do kostek i do ziemi.

Każda zwykła dziewczyna na ten widok zostawiłaby tam nie tylko oczy, ale także i serce, ale Willow miała tego w nadmiarze i wolała ubrać się w zwykłą koszulę i spodnium, lecz książęca etykieta na to nie pozwalała.

Wybrała cudowną, żółto-niebieską suknię, z szeroką, sięgającą do ziemi spódnicą, wiązanym na sznureczki gorsetem, obszywaną u dołu kamieniami szlachetnymi. Góra sukni była niebieska, a potem po kolei, odcień po odcieniu przechodziła w piękną złotą żółć, a spódnica się coraz bardziej rozszerzała. Była ciężka, miała w sobie kilka warstw spódnicy, dół i dekolt obszywany kamieniami, a gorset z grubej, dokładnie i mocno ściskającej, zarazem twardej i miękkiej tkaniny, której Elfka nie znała nazwy. Suknia miała piękne, delikatne bufy, a w talii był złoty pas.

Rozebrała się do naga i ubrawszy bieliznę, założyła na siebie suknię. Zawołała służkę, by pomogła jej zasznurować gorset i gdy służąca wyszła, założyła do tego sznur Białych Pereł Finn, kunsztowne białe pantofelki i delikatną białą bransoletę z kawałkami szafirów.

Włosy upięła w dokładny, wysoko upięty kok i przejrzawszy się w lustrze, i uznawszy iż wygląda tak, jak tego od niej oczekiwano, zeszła po długich, kamiennych, przykrytych dywanikami, schodach, ze spokojem i gracją, tak jakby frunęła ponad tymi schodami.

Na dole, ubrana w fioletową suknię, ze sznurem pereł na szyi, czekała na nią matka ze swoimi dwoma obrońcami stojącymi za nią, w zbrojach, i trzymających w dłoniach miecze, w każdej chwili przygotowanych, by obronić swoją królową.

-Nareszcie jesteś! Księżniczka ma być punktualna! Nie wolno się jej spóźniać! To zły nawyk. – powiedziała matka surowo, lecz spojrzawszy na córkę uśmiechnęła się, widząc jej doskonale dobrany strój. – I widzisz! Mówiłam ci, że potrafisz się ubrać. Ach, nigdy w to nie wątpiłam. Wyglądasz prześlicznie! – złapała ją za rękę i razem z wojownikami wyszły na podwórze i skierowały się do czterech, przepięknych koni, przywiązanych do drzew.

Willow złapała lejce pięknego, dużego, kasztanowego konia, wsadziła nogi w strzemiona i wsiadła szybko, pilnując by nie podwinęła się jej w górę spódnica. Reszta zrobiła to samo. Jej koń, Jasper, prychnął, niecierpliwie zarzucając łbem i stuknął raz kopytem, oddychając z wyczekiwaniem. Pogłaskała jego długą, czarną grzywę i pogładziła miękkie, delikatne uszy. Przycisnęła lekko nogi do jego boków i po sprawdzeniu, czy inni już wsiedli na swoje konie, klepnęła swojego delikatnie w zad, a tuż za nią, z boków konia wysunęły się ogromne, granatowoczarne skrzydła, pokryte miękkimi jak puch piórami o grubym włosiu.

CDN  :D
Całuję, Książko-maniaczka Willow <3 (źródło zdjęcia: Google)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz